there is no space and time…

Temat: maleńka Lusia - ODNALEZIONA - .... i ma swój dom.

...Dziewczyny, proszę, wypowiedzcie się.. Co radzicie zrobić..? Lovefigaro, może na razie jeśli nie ma transportu żeby jechać aż do Krzyczek (i nie wiadomo kiedy będzie), warto pomóc chociaż jednej psince.

Pisałam już o tym wcześniej, że z Końskich jest bliżej do Zgierza niż do W-wy. Zgierz leży na trasie Poznań - Warszawa, czyli dla Ciebie także będzie bliżej do Zgierza.
Jeśli Karina mogłaby podwieźć Lusię do Zgierza, to może dałabyś radę pojechać jutro po Lusię autobusem.
Rozważ taką możliwość.
Oczywiście forsę zwraca kasa :loveu:

Psiurkę z Krzyczek trzeba rozpracować w terminie późniejszym, jak Twój kierowca będzie mógł jechać.

Jak to widzisz ??
Źródło: dogomania.pl/showthread.php?t=105504



Temat: [SKARŻYSKO-KAMIENNA] Likwidacja połączeń zastępczych
A jednak tak jak przypuszczalem (wylewalem sie na forum kieleckim). Wystarczyl miesiac kursowania praktycznie:D To sie dopiero nazywa rozwoj. A gazety kieleckie ćśśśśś, bo i kogo to obchodzi, w koncu jezdzi pusty pociag z Kielc do Warszawy p. CMK:

Koniec "pociągów" do Końskich

Przestała funkcjonować zastępcza komunikacja autobusowa na odcinku Skarżysko Kamienna - Końskie, rekompensująca zlikwidowane z początkiem sierpnia pociągi Skarżysko - Tomaszów Mazowiecki.

Urząd Marszałkowski Województwa Świętokrzyskiego zrezygnował z dofinansowywania zastępczych autobusów, toteż PKP Przewozy Regionalne zrezygnowały z ich uruchamiania. Zastępcze autobusy funkcjonują jeszcze na terenie woj. łódzkiego, na odcinku Tomaszów Maz. - Opoczno.

Linia Tomaszów - Skarżysko była przez wielu obserwatorów rynku kolejowego oceniana jako modelowy przykład „ofiary” finansowania przewozów lokalnych przez województwa. Zgodnie z ustawą o transporcie kolejowym, za organizację i finansowanie przewozów lokalnych odpowiadają samorządy wojewódzkie. Problem, w wielu regionach Polski, pojawiał bądź pojawia się, gdy linia przechodzi przez granicę województw i musi dojść do porozumienia w sprawie współfinansowania. M.in. wskutek braku takich porozumień zlikwidowane zostały pociągi osobowe na odcinkach Działdowo-Iłowo czy Działdowo-Brodnica, przez pewien czas nie kursowały pociągi pasażerskie m.in. pomiędzy Płockiem i Kutnem czy Białymstokiem i Ełkiem.

Jeśli chodzi o linię Tomaszów - Skarżysko, to w 2004 r., gdy zaczęły obowiązywać przepisy ustawy o transporcie kolejowym, liczba pociągów zmalała z 6 do 2 par. I te dwie pary jeździły do końca sierpnia br.

źródło: Paweł Rydzyński, 5 października 2009
Źródło: inwestycje.radom.pl/forum/viewtopic.php?t=690


Temat: O psiej pogodzie, kociej aferze i innych rozmaitościach, czyli relacja SB z pobytu w
9 września

Na tegoroczny "rozruch" zaplanowałem trasę zalesioną (poza ostatnim odcinkiem), prawdziwie bieszczadzką. Czyli Otryt. Podobnie jak w zeszłym roku.
Wyruszamy we troje: piszący te słowa + Gosia + Andrzej.
Andrzej z początku nieco protestował, że to zbyt długa wycieczka jak na początek pobytu, ale Gośka mnie poparła i koledze zrobiło się wstyd, więc zamilkł.

Tu konieczna dygresja. To właśnie z Andrzejem jeździliśmy w Bieszczady prawie co rok w latach 90-tych. To także z nim "odkryłem" Sękowiec i z nim gościłem tam we wrześniu już w latach 1999 - 2001. A następnie ... kolega się "wykruszył". Można by rzec, że nastąpiło i zmęczenie materiału, i zmęczenie materiałem, używając technicznej terminologii. I nie dotyczy to tylko wypraw w Bieszczady. Także naszych wspólnych wędrówek po Puszczy Kampinoskiej - niegdyś Andrzej sam mnie dopingował do tych wycieczek, a teraz z ledwością da się na nie namówić ze 3 razy w roku (a my z Gosią tyle razy tam łazimy miesięcznie).

Zatem po pokonaniu drobnego oporu oponenta - malkontenta, wyruszamy. Z Sękowca wędrujemy stokówkami - najpierw na północny zachód, potem jeszcze krótkim odcinkiem na północny wschód i ... już jesteśmy w miejscu, w którym niebieski szlak schodzi ze stokówki wiodącej z Polany i odbija na grzbiet Otrytu. Ławeczka, kosz na śmieci, czyli czas na piwo.
Gosia w tym czasie łączy się też z Kretą, gdzie w charakterze "wielce odpowiedzialnego" (bo "aż" animatora) pracownika biura podróży Triada przebywa nasza córka, studentka, 21 lat. I jest to zupełnie normalne, nikogo nie dziwi. Tylko gdy ja miałem 21 lat, to nawet przez myśl by mi nie przeszło, że kiedyś z Otrytu będzie można sobie porozmawiać przez "kieszonkowy" telefon z Grecją.

Ruszamy dalej. Andrzej, zdaje się, przeżywa mały kryzys, gdyż proponuje, abyśmy - po dojściu do Chaty Socjologa - dalej poszli z Gosią do Lutowisk już bez niego, gdyż on skróci sobie dzisiejszą wycieczkę i z Chaty zejdzie do Chmiela. Perswaduję mu to skutecznie, tłumacząc że taki "skrót" nie ma sensu, gdyż mniej zmęczy się schodząc do Lutowisk i wracając do Sękowca wieczornym autobusem, niż idąc do Chmiela, a stamtąd jeszcze 4 km pieszo do Sękowca. Przekonałem go.

"Otrycki" odcinek niebieskiego szlaku zatraca powoli swoją dzikość. Jeszcze kilka lat temu spotykało się tu ślady pazurów niedźwiedzi na korze drzew. A dziś - końskie łajno oraz efekty ścinki i zrywki. No, może trochę przesadzam. Nadal jest tam pięknie. A już na pewno piękniej niż na ul. Pięknej w Warszawie (chociaż to wcale niebrzydka, w porównaniu z innymi, ulica).

Doszliśmy do Chaty Socjologa. Do środka wchodzimy tylko na chwilę - aby zasilić miejscową skarbonkę. W dowód wdzięczności gospodarz wynosi nam termos z herbatą, z którego korzystamy bez skrępowania, tzn. bez umiaru. Tak się bowiem składa, że wszystkie nasze płynne zapasy już wcześniej zdążyliśmy wychlać. I gdyby nie ta uprzejmość gospodarza Chaty, to nie mielibyśmy czym popić naszych kanapek.
Opróżniając termos z herbatą nie mamy jednak wyrzutów sumienia, gdyż po pierwsze - włożyliśmy coś tam do skarbonki, a po drugie - naszych kanapek nie spożywamy sami. Bez skrępowania dosiadł się bowiem do nas miejscowy wilczurek i cały czas pilnował, aby go nie skrzywdzić przy podziale porcji. Był przy tym dość wybredny i wybierał kanapki z wędliną, nam pozostawiając te z żółtym serem. Jadł, jadł, dawał się głaskać, aż nagle ... dostał szału. W polu węchu i widzenia pojawili się bowiem inni turyści z, o zgrozo, innym psem! Doszło do jakiejś psiej awantury, tylko trochę łagodniejszej od ostatnich pyskówek urzędników kancelarii Premiera i Prezydenta.
Ów pies bardzo poważnie podchodzi do swych psich praw i obowiązków, więc konkurentów nie toleruje. Podobnie jak Premier, który nie tolerował Prezydenta w składzie polskiej delegacji na szczyt UE w Brukseli. Przed dojściem do Chaty Socjologa wisi zresztą napis ze stosownym ostrzeżeniem, aby turyści prowadzący ze sobą zwierzątka domowe koniecznie meldowali o tym przez telefon komórkowy (jest podany numer) gospodarzowi Chaty.

Nakarmiwszy psa do syta, a siebie, skutkiem tego, tylko częściowo (bo taki wilczur to potrafi sobie podjeść), wyruszamy na ostatni etap naszej dzisiejszej wycieczki: zejście zielonym szlakiem do Lutowisk.
Andrzej złapał drugi oddech, już nie zostaje w tyle. Za to Gosia ma problemy ze stromym i śliskim gdzieniegdzie zejściem. Ale jakoś sobie radzi, zresztą owo zejście staje się stopniowo coraz łagodniejsze.
Wreszcie mamy piękne widoki - panorama Lutowisk.

W Lutowiskach czynimy drobne zakupy, głównie spożywcze. Nie za wiele, tyle co na jutrzejsze śniadanie. Jutro wybieramy się m.in. do Ustrzyk Dolnych, a tam to i wybór większy, i ceny niższe. Potem lokujemy się "U Biesa i Czada", pożeramy tam pstrągi i pierogi, popijając piwem, które trzeba sobie jednak przynieść ze sklepu obok.

Autobusem "ostatniej szansy", godz. 19:35 Lutowiska - szkoła, powróciliśmy do Sękowca.

CDN
Źródło: forum.bieszczady.info.pl/showthread.php?t=4672


Temat: Relacja z pobytu w Bieszczadach w dn. 9 - 29 września 2007 r.
14. września. Urocze bieszczadzkie błoto, które wolę od stołecznych deptaków

Trzy dni siedzenia na d... (co z tego, że w samochodzie) sprawiły, iż poprawę pogody powitaliśmy z ‟młodzieńczym” entuzjazmem.
Idziemy !!! Ale gdzie, pytają mnie Gosia, Ania i Adam, jako że zdają się na mnie jako stałego, bieszczadzkiego bywalca.
Analizuję więc mapę z mądrą miną, ale tak naprawdę to zastanawiam się nad pogodą (czy się znów nie zmieni na gorszą) oraz nad stanem bieszczadzkich dróg i ścieżek po niedawnych opadach. Z ukosa również zerkam na obuwie kompanów wycieczki. Buty żony osobiście zaimpregnowałem collonilem, więc jeżeli nie wejdzie po kostki do jakiejś kałuży czy rzeczki, to powinna wrócić suchą nogą. Obuwie Adama nieco mnie niepokoi, o adidasach Ani nie wspominając. Ale zapewnili mnie, że także je zaimpregnowali sprayem zakupionym w warszawskim Decathlonie (tuż obok CH Reduta na Ochocie). No to w drogę.

Najpierw, dla zachęty i na rozgrzewkę, łagodny początek. Z Sękowca poszliśmy stokówką (wiodącą pod Otrytem) do Chmiela, końca wsi. Potem przeszliśmy przez cały Chmiel, aż do sklepu przy szosie. Wypiliśmy piwo i wtedy zaproponowałem ciąg dalszy (trasy, a nie piwa.). Wybrana trasa wymagała prawie natychmiastowego wyruszenia spod sklepu, aby się nie spóźnić na autobus.
Przeszliśmy bardzo szybkim krokiem 3 km szosą do przystanku PKS Dwernik Skrzyżowanie, skąd mieliśmy (przed godz. 14-tą, dokładnie nie pamiętam) autobus do Nasicznego. I pojechaliśmy tymże autobusem do tegoż Nasicznego.

W Nasicznem usiedliśmy sobie przy drodze na jakichś pociętych balach i oddaliśmy się rozpasanej konsumpcji kanapek i piwa (mieliśmy je z sobą, w Nasicznem nic się nie kupi).
W czasie spożywania posiłku patrzyliśmy na błękitne, prawie bezchmurne niebo, na szybujące po nim drapieżne ptaki i było nam tak dobrze. A jak dobrze, to może wiedzieć tylko ten, kto nałogowo bywa w Bieszczadach. Duchu Przeszłości, mam rację ?

A następnie - zaczęło się. Poszliśmy leśną ścieżką prowadzącą z Nasicznego pomiędzy Dwernikiem Kamieniem (Holicą) a Magurą Nasiczańską aż do bitej drogi (wiodącej z Zatwarnicy). Na mapie Compassu z tego roku wzdłuż tej ścieżki oznaczono koński szlak, co jest wierutną bzdurą, gdyż ani jednego znaku ‟końskiego szlaku” tam nie ma. Na mapie Compassu Magura Nasiczańska nazywa się też inaczej, a mianowicie Jawornik. I komu tu wierzyć: Wojciechowi Krukarowi czy zespołowi Compassu ?

Przejście tą ścieżką nie powinno być trudne. Prowadzi ona przez przełęcz (a dokładnie, tuż obok przełęczy) pomiędzy Dwernikiem Kamieniem (Holicą) a Magurą Nasiczańską (Jawornikiem). Nachylenie terenu nie jest duże, prawie cały czas wędruje się puszczą bieszczadzką.
No, ale niedawno było kilka dni ulewnych. Poza tym ową ścieżką ściągane i zwożone są ścięte drzewa. Przy użyciu tzw. ciężkiego sprzętu transportowego. W równaniu bieszczadzkim suma tych dwóch składników oznacza błoto po kolana (a czasami powyżej kolan).
Zgadza się. O ile pierwsza połowa tego odcinka naszej drogi, tj. z Nasicznego do przełęczy, była niezbyt trudna do przejścia, to już druga połowa (aż do bitej drogi z Zatwarnicy) oznaczała walkę z błotnym żywiołem. Ja osobiście umiem chodzić po bieszczadzkim błocie (ponad 20 lat praktyki !) i zawsze stąpnę tam, gdzie nie zagłębię się powyżej kostek. W butach mam wszyte języki, a ponadto liczę na niezawodność zastosowanego impregnatu. Poprosiłem więc rozpaczającą żonę, aby przestała biadolić i uciekać gdzieś na ściany błotnego wąwozu, a po prostu szła tuż za mną, dokładnie po moich śladach. I zdało to egzamin, chociaż niekiedy słyszałem za sobą jej popiskiwanie. Adaś z Anią początkowo próbowali iść lasem równolegle do wąwozu, w którym znajdowała się nasza ścieżka, lecz wkrótce stało się to, z uwagi na leśny gąszcz, wręcz niemożliwe. W końcu też poszli za nami. I wreszcie doszliśmy do tęsknie wyglądanej bitej drogi, pokonując jeszcze tuż przed nią mały strumyczek.

Oczywiście nie był to koniec dzisiejszej wycieczki, czekało nas jeszcze przejście kilku kilometrów do Zatwarnicy (obok wodospadu nad Hylatym), a stamtąd do Sękowca. Ale był już to przyjemny spacerek.

15 września. Do południa znów deszcz i zimno

Adam, lekko przeziębiony pozostał w domku, a ja z Gosią i Anią pojechałem do Lutowisk i Czarnej po zakupy, w tym do apteki. Po południu Ania kurowała Adama, a ja z Małgosią poszedłem na ‟wycieczkę” - do Zatwarnicy i z powrotem. W tamtejszym hotelu wypiliśmy kawę (ja) i piwo (Gosia).

Tego dnia odnotowałem również przyjazd Darka, Pawła i Piskala (tak się każe nazywać), którzy jeszcze nieraz wystąpią w tej relacji. Darka i Pawła znam z widzenia, gdyż co rok spotykamy się w Sękowcu. Darek jest niepoprawnym optymistą i nieuleczalnym romantykiem, ponieważ co rok przyjeżdża w Bieszczady, aby tu ... poznać kobietę. Tak jakby nie było ich w Warszawie, gdzie mieszka. A zresztą poznał już kobietę w Bieszczadach. Imienia nie wymienię. Dała mu do zrozumienia, iż nie byłby bez szans. I co ? I nic.
Piskal z kolei pochodzi z Torunia i świetnie gotuje. Darek i Paweł wykorzystują go w roli kucharza. Wszyscy trzej zamieszkali w domku nr 1, w którym dwa razy będę jadł zakrapianą bieszczadzką obiadokolację (w następnych odcinkach).
CDN
Źródło: forum.bieszczady.info.pl/showthread.php?t=3867